Zaznacz stronę
Więzienie zamiast wyzwolenia

Więzienie zamiast wyzwolenia

70 lat temu, w Moskwie w dniach 18-21 czerwca 1945 r. Kolegium Wojskowym Sądu Najwyższego Związku Radzieckiego przeprowadziło pokazowy proces szesnastu przywódców Polski Podziemnej.

Przewodniczył mu przewodniczący Kolegium gen. płk Wasilij Ulrich. Oskarżycielami byli mjr służby sprawiedliwości Nikołaj Afanasjew – generalny prokurator wojskowy Armii Czerwonej i Roman Rudenko, radca państwowy służby sprawiedliwości drugiej klasy.

– W zamierzeniu Stalina moskiewski proces miał skompromitować legalne Polskie Państwo Podziemne i Armię Krajową. Miał też pokazać Zachodowi, kto sprawuje władzę we Wschodniej Europie – mówi dr hab. Tadeusz Kondracki z Instytutu Historii PAN. Stalin wykorzystał także proces w grze prowadzonej przeciwko Stanisławowi Mikołajczykowi.

W dniach procesu w Moskwie, nieopodal gmachu sądu, toczyły się rozmowy, w wyniku których 28 czerwca 1945 r. powstał tzw. Rząd Tymczasowy Jedności Narodowej, z Mikołajczykiem jako wicepremierem.

 

Na ławie oskarżonych zasiedli:

– gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, ostatni dowódca AK, Komendant Główny organizacji „Nie”;

– Jan Stanisław Jankowski, wicepremier, Delegat Rządu na Kraj, działacz Stronnictwa Pracy;

– Adam Bień, pierwszy zastępca Delegata Rządu RP na Kraj, działacz ruchu ludowego rekomendowany przez Stronnictwo Ludowe „Roch”, członek Krajowej Rady Ministrów;

– Stanisław Jasiukowicz, zastępca Delegata Rządu RP na Kraj, minister dla spraw kraju, wiceprezes Stronnictwa Narodowego;

– Kazimierz Pużak, przewodniczący Rady Jedności Narodowej, przywódca i współtwórca PPS-WRN;

– Kazimierz Bagiński, wiceprzewodniczący RJN, wiceprzewodniczący Stronnictwa Ludowego;

– Aleksander Zwierzyński, wiceprzewodniczący RJN, prezes Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego;

– Eugeniusz Czarnowski, członek RJN, prezes Zjednoczenia Demokratycznego;

– Józef Chaciński, członek RJN, prezes Stronnictwa Pracy;

– Stanisław Mierzwa, członek RJN, przedstawiciel Stronnictwa Ludowego;

– Zbigniew Stypułkowski, członek RJN, przedstawiciel Stronnictwa Narodowego, sekretarz generalny Tymczasowej Narodowej Rady Politycznej;

– Franciszek Urbański, członek RJN, przedstawiciel Stronnictwa Pracy;

– Stanisław Michałowski, członek RJN, wiceprezes Zjednoczenia Demokratycznego;

– Kazimierz Kobylański, członek RJN, przedstawiciel Stronnictwa Narodowego, członek sztabu Narodowych Sił Zbrojnych;

– Józef Stemler – Dąbski, wiceminister Departamentu Informacji Delegatury RP;

– Antoni Pajdak, minister dla spraw kraju i III zastępca Delegata Rządu był sądzony w innym procesie.

 

Sowieckie gwarancje bezpieczeństwa

Jak podkreśla dr hab. Kondracki, proces szesnastu był wynikiem sowieckiej intrygi, zmierzającej do likwidacji polskiego podziemia wiernego legalnym władzom Rzeczypospolitej, rezydującym w Londynie.

W następstwie zakończonej 11 lutego 1945 r. konferencji w Jałcie, sojusznicy Polski – Wielka Brytania i Stany Zjednoczone – przystali na koncepcję Stalina budowy w Polsce koalicyjnego rządu, z udziałem przedstawicieli emigracji. Taki też powód przedstawiono w oficjalnej ofercie rozmów skierowanej do polskiego podziemia niepodległościowego przez pełnomocnika Stalina, gen. Iwana Sierowa.

– Stawiało to stronę polską w bardzo niewygodnej pozycji – odrzucenie oferty rozmów zostałoby negatywnie odczytane w Londynie i Waszyngtonie, jako bojkotowanie promowanego przez Zachód procesu „pojednania narodowego”. Dlatego też Polacy – mimo obaw – przyjęli sowiecką ofertę, przy zapewnieniu gwarancji bezpieczeństwa – mówi dr Tadeusz Kondracki. Mimo to, po przybyciu do Pruszkowa na spotkanie 27 marca 1945 r. zostali aresztowani, przewiezieni do Moskwy i poddani śledztwu. Aż do początku maja 1945 r. Sowieci ukrywali przed zachodnimi sojusznikami fakt porwania działaczy polskich.

 

Robota wywrotowa przeciwko Armii Czerwonej

Proces rozpoczął się 18 czerwca 1945 roku. Od początku było widać, że rozprawa ma charakter propagandowy. Na sali obecni byli korespondenci i fotografowie prasy zachodniej. Obserwatorami procesu byli także członkowie brytyjskiej Misji Freston – zrzuceni do Polski w grudniu 1944 r. i przejęci przez Sowietów.

Gen. Leopold Okulicki, wicepremier Jan Stanisław Jankowski oraz ministrowie Stanisław Jasiukowicz i Adam Bień zostali oskarżeni o to, że byli „twórcami i kierownikami polskiej organizacji podziemnej na tyłach Armii Czerwonej na terytorium zachodnich obszarów Białorusi i Ukrainy, na Litwie i w Polsce” oraz że „działając według instrukcji tzw. polskiego rządu emigracyjnego w Londynie” kierowali „robotą wywrotową przeciwko Armii Czerwonej i Związkowi Radzieckiemu”, „dokonywaniem aktów terroru w stosunku do oficerów i żołnierzy Armii Czerwonej”, „organizowaniem zamachów i napadów” oraz „prowadzeniem propagandy wrogiej wobec Związku Sowieckiego i Armii Czerwonej”.

Proces polityczny

Gen. Okulicki był oskarżony także o „prowadzenie pracy wywiadowczo-szpiegowskiej na tyłach Armii Czerwonej”. Generała oskarżano także o stworzenie zakonspirowanej organizacji wojskowo-politycznej „Nie”. Antoni Pajdak, Kazimierz Pużak, Aleksander Zwierzyński, Kazimierz Bagiński, Stanisław Mierzwa, Zbigniew Stypułkowski, Eugeniusz Czarnowski, Józef Chaciński, Franciszek Urbański, Stanisław Michałowski, Kazimierz Kobylański i Józef Stemler – Dąbski usłyszeli zarzut „udziału w robocie wywrotowej polskich organizacji podziemnych na terytorium Polski, na tyłach Armii Czerwonej”.

Oskarżeni, z wyjątkiem Zbigniewa Stypułowskiego, przyznali się do zarzucanych im czynów. Według obserwatorów, Okulicki „bronił się z dużą odwagą i nieustępliwością”.

– Proces ten ma charakter polityczny. Nie możecie dowieść, że nie walczyliśmy z Niemcami w ciągu pięciu lat, ale jak w każdym takim procesie politycznym pragnęliście pozbawić nas tego argumentu. Oskarżacie nas o współpracę z Niemcami, godząc w nasz honor. Oskarżając 300 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej, oskarżacie cały naród polski – mówił gen. Okulicki podczas procesu.

 

„Łagodne” wyroki

21 czerwca 1945 roku Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego Związku Radzieckiego ogłosiło wyrok. Generał Leopold Okulicki, ostatni dowódca Armii Krajowej otrzymał wyrok 10 lat więzienia. Jan Stanisław Jankowski, wicepremier i Delegat Rządu na Kraj został skazany na 8 lat więzienia. Adam Bień i Stanisław Jasiukowicz, członkowie Krajowej Rady Ministrów zostali skazani na 5 lat więzienia, a Kazimierz Pużak, przewodniczący Rady Jedności Narodowej – na półtora roku, zaś Kazimierz Bagiński na rok więzienia.

Aleksandrowi Zwierzyńskiemu zasądzono karę 8 miesięcy więzienia, a Eugeniuszowi Czarnowskiemu – pół roku więzienia. Stanisław Mierzwa, Zbigniew Stypułkowski, Józef Chaciński i Franciszek Urbański zostali skazani na cztery miesiące więzienia. Stanisław Michałowski, Kazimierz Kobylański i Józef Stemler – Dąbski zostali uniewinnieni. Sądzony później członek Krajowej Rady Ministrów Antoni Pajdak otrzymał wyrok 5 lat więzienia. Karę przedłużono później o 3 lata łagru.

– Jak na kaliber zarzutów i dotychczasową praktykę sowieckiego wymiaru „sprawiedliwości” wyroki nie były nazbyt surowe. Bo też i nie o wyroki tu chodziło. Moskwa pokazała, kto jest panem wschodniej Europy, a zarazem kreowała się na Zachodzie jako kraj „sprawiedliwie” sądzący nawet zatwardziałych wrogów ZSRR” – mówi dr Kondracki.

Mimo to trzej główni podsądni – skazani w procesie moskiewskim – nie powrócili już do Polski. Delegat rządu Jan Stanisław Jankowski zmarł w 1953 r. Nie jest znana data śmierci ministra Stanisława Jasiukowicza. Ostatni dowódca Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek” zmarł w 1946 roku.

 

Symbol brutalności ZSRR

Po powrocie do Polski zmarł w 1947 r. Eugeniusz Czarnowski. Weteran PPS Kazimierz Pużak, który uniknął śmierci z rąk Sowietów, zmarł w tragicznych okolicznościach już po powrocie do rządzonej przez komunistów Polski (30 kwietnia 1950 r. w więzieniu w Rawiczu). Józef Chaciński zmarł w 1954 r., Franciszek Urbański w 1955 r., Aleksander Zwierzyński w 1958 r., Józef Stemler – Dąbski w 1965 r., a Kazimierz Kobylański w 1978 r. Kazimierz Bagiński zmarł w Stanach Zjednoczonych w 1966 r., a Zbigniew Stypułkowski w 1979 r. w Londynie. Ostatnim z „szesnastu” był Adam Bień. Zmarł 4 marca 1998 r. w Warszawie. Miał 99 lat.

Proces moskiewski pozostał – obok Katynia – symbolem brutalnej radzieckiej polityki w Polsce – oskarżeniem stalinowskiego reżimu i jego warszawskich pomocników.

Oprac. Robert Szydlik

(za: PAP Nauka w Polsce)

Z ziemi włoskiej na polskie drogi

Z ziemi włoskiej na polskie drogi

Maluch to jeden z symboli siermiężnej PRL-owskiej motoryzacji – kochany i znienawidzony zarazem. Przez 27 lat (1973-2000) wyprodukowano w Polsce aż 3,3 mln egzemplarzy fiacika na włoskiej licencji. Prawie 1 mln z nich wysłano na eksport. 1 egzemplarz stał się niedawno przedmiotem głośnego polityczne zakładu pomiędzy publicystą Jackiem Żakowskim a Mateuszem Rojewskim z Forum Młodych PiS.

 

W lutym w programie „Bez retuszu” na antenie TVP Info obaj panowie założyli się o wynik wyborów prezydenckich. Jacek Żakowski był pewny, że Bronisław Komorowski wygra wybory już w I turze. Dziś już wiemy, jak (nie)pobożne były to życzenia… Publicysta najpierw sprawę zakładu obracał w żart, ale kilka dni temu słowa dotrzymał i przekazał czerwonego Malucha zwycięzcy zakładu. Mateusz Rojewski z Forum Młodych PiS zapowiedział, że auto (warte zapewne ok. tysiąca zł) sprzeda, a pieniądze przeznaczy na cel charytatywny. To wydarzenie przypomniało nam, że 6 czerwca mija 42. rocznica wyprodukowania w Polsce pierwszego egzemplarza Fiata 126p.

 

Na talon, za 20 pensji

Przez wiele lat fiat 126p był najczęściej spotykanym samochodem na polskich drogach. 40 lat temu kosztował 69 ówczesnych tysięcy złotych, czyli mniej więcej 20 średnich pensji, a na samochodowych giełdach płacono za niego 110 tys. zł. Żeby kupić Malucha, trzeba było mieć nie tylko pieniądze, ale też talon, czyli przydział.

– Nasz Maluch – obiekt wielu złośliwych żartów i gorących pragnień – był produkowany w Polsce ponad 25 lat. We Włoszech zakończono jego produkcję w 1980 r. W Polsce ostatni egzemplarz zjechał z linii produkcyjnej w samo południe 22 września 2000 r. – mówi Bogusław Cieślar z Fiat Auto Poland (ponad 20 lat temu fabryki samochodów małolitrażowych w Bielsku-Białej i w Tychach weszły w skład włoskiego koncernu Fiata).

 

Z Turynu na Plac Defilad

Pierwszego polskiego Malucha zmontowano 6 czerwca 1973 r. z oryginalnych włoskich części. Seryjna produkcja tego modelu w zakładach we włoskim Cassino trwała już wówczas od blisko roku. W październiku 1972 r. odbyła się międzynarodowa premiera auta na Salonie Samochodowym w Turynie, a niedługo potem auto było prezentowane na warszawskim Placu Defilad. Oficjalnie seryjna produkcja w Bielsku-Białej ruszyła 22 lipca 1973 r.; we wrześniu 1975 r. rozpoczęła się natomiast produkcja w nowej fabryce w Tychach.

Produkcja Malucha w Polsce była efektem kontraktu „o współpracy przemysłowej i licencyjnej na samochód małolitrażowy 126”, zawartego przez polskie władze z Fiatem 29 października 1971 r. Zgodnie z jego zapisami, fiat 126p to samochód z tylnym napędem, dwucylindrowym silnikiem o pojemności 594 ccm, maksymalnej mocy 23 KM oraz samonośnym, czteroosobowym i dwudrzwiowym nadwoziem typu Berlina.

 

Technologiczny „awans”

Licencji nie kupiono za dewizy – została spłacona m.in. wytwarzanymi w polskich zakładach silnikami i skrzyniami biegów do modelu 126 wytwarzanego we Włoszech oraz na części zamienne. Wraz z zakupem licencji na produkcję auta kooperanci dawnej Fabryki Samochodów Małolitrażowych otrzymali też technologie produkcji detali z materiałów do licencyjnego samochodu, których wcześniej nie robiono w Polsce. Oznaczało to awans technologiczny dla wielu firm z sektora metalurgicznego, chemicznego czy elektrotechnicznego.

 

W latach 70. Maluch zbierał dobre recenzje – według opublikowanego w 1976 r. rankingu zachodnioniemieckiej gazety „Auto Motor und Sport” fiat 126 był wówczas najtańszym w zakupie i eksploatacji samochodem w Europie w klasie aut małych.

Ostatni Maluch, wyprodukowany jesienią 2000 r., trafił do Muzeum Fiata w Turynie, a inny z ostatnich egzemplarzy – do Muzeum Techniki w Warszawie. W sumie w latach 1973-2000 w zakładach w Bielsku-Białej i Tychach wyprodukowano ponad 3,3 mln tych aut, z czego blisko 900 tys. trafiło na eksport. We Włoszech powstało natomiast ponad 1,3 mln fiatów 126.

 

Podbój świata i rajd Monte Carlo

– Maluchami jeździli mieszkańcy wielu krajów, prawie na wszystkich kontynentach świata. W latach 1985-1989 wyeksportowano np. ponad 23 tysięcy Maluchów do Chin, gdzie w wielu miastach eksploatowane były jako taksówki. Tylko w mieście Wengzhou było pięć tysięcy takich taksówek – mówi rzecznik Fiat Auto Poland.

W 1988 r. Maluchy wyeksportowano do Australii i na Kubę. Dzięki zmianom konstrukcyjnym fiat 126p doczekał się także wersji rajdowej. Polscy rajdowcy zachwalali w latach 70., że na krajowych i międzynarodowych trasach małe auto sprawowało się nadspodziewanie dobrze. Np. zimą 1975 r. Sobiesław Zasada z Longinem Bielakiem testowali Malucha zimą na trasie dojazdowej Warszawa-Monaco – był to tzw. odcinek dojazdowy słynnego Rajdu Monte Carlo.

 

Zabytkowy obiekt pożądania

Dziś zabytkowe już Maluchy bywają obiektami pożądania kolekcjonerów. Niedawno sensację w mediach wzbudził oryginalny, niemal prosto z fabryki, egzemplarz fiata 126p z 1979 r. Przez 34 lata auto garażowało w Piotrkowie Trybunalskim; na siedzeniach miało jeszcze folię, a na liczniku jedynie 10 kilometrów.

Także niżej podpisany miał swój udział w sprawdzaniu „nieograniczonych” możliwości Malucha. Całkowicie nowym egzemplarzem kupionym w salonie w Warszawie zdołał w ciągu 5 lat przejechać 140 tys. km, w dodatku do 100 tys. km bez awarii uniemożliwiającej dalszą podróż. Nie był to jednak ideał, bowiem już po roku od zakupu auto w ramach gwarancji miało usuwaną rdzę na  2 elementach karoserii. Nie mniej ten egzemplarz rozpędzał się na prostej do 130 km / h – jeśli wierzyć licznikowi. Czas do setki pomińmy jako nieistotny…

 

Robert Szydlik

Ostatni powstaniec styczniowy

Ostatni powstaniec styczniowy

Historia Jego życiorysu znajduje niejedną analogię. Był wszak jednym z wielu w polskiej historii księży walczących z bronią w ręku. Był też jednym z tych bohaterów tragicznych, którzy walczyć postanowili do ostatniej kropli krwi w czasie, gdy inni już broń złożyli. 23 maja 1865 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim publicznie powieszono ks. Stanisława Brzóskę, syna zubożałego szlachcica herbu Nowina…

 

Na fotografii twarz umęczonego młodzieńca z długimi włosami. Ciężko w nim rozpoznać księdza, a co dopiero generała i naczelnego kapelana powstania styczniowego. Legenda ks. Brzóski jest na Podlasiu i Lubelszczyźnie żywa po dziś dzień. Jego imię nadaje się szkołom, a za Patrona obierają go sobie drużyny harcerskie. Kim był ostatni z powstańczych dowódców, który kontynuował walkę partyzancką w czasie, gdy powstanie w Królestwie Polskim już dawno upadło?

Ks. Stanisław Brzóska (1834-1865) wywodził się ze zubożałej podlaskiej szlachty herbu Nowina. Początkowo studiował na Uniwersytecie Kijowskim, potem jednak przerwał naukę i wstąpił do seminarium duchownego.

 

Ksiądz patriota

Po święceniach w 1957 trafił do pracy duszpasterskiej w Sokołowie Podlaskim, a następnie w Łukowie. Od samego początku szerzył wśród chłopstwa idee niepodległościowe, a w kazaniach nawiązywał do najważniejszych wydarzeń w historii Polski. Podkreślał, że w planach bożych każdy naród na swoje miejsce na ziemi. Tak jak Izraelici dostali Ziemię Obiecaną do Boga, tak „ziemia nasza ojczysta to dar Boży dla naszego narodu!”. Polska została podarowana Polakom przez samego Boga: „Rozpala w sercach naszych miłość ku niej; miłość na śmierć i życie! Ziemia ta wrosła nam w dusze tak, że nie ma mocy, która by zdolna była zniweczyć ten związek”.

Kazania ks. Brzóski szybko sprowadziły na niego kłopoty. W niedzielę 10 listopada 1861 r. podczas nabożeństwa w Łukowie pojawili się oficerowie strzeleckiego kostromskiego pułku piechoty kwaterującego w tym mieście. Zachowywali się grubiański, zakłócali mszę św., ubliżali zebranym w świątyni wiernym. Co zrobił ks. Stanisław? Wygłosił przypowieść o kąkolu i siewcy, o złym ziarnie wrzuconym przez diabła: „Ci rozbójnicy i judasze nie zadowalają się tym, że prześladują ludność na ulicach i w jej mieszkaniach, ale przychodzą do kościoła pod pozorem modlitwy, a właściwie dlatego, żeby wysłuchać słów pasterza i czyhać na życie”. Słowa te  zostały odebrane przez oficerów jednoznacznie. Dwa tygodnie później kapłan został aresztowany przez naczelnika radzyńskiej komendy żandarmerii pod zarzutem „podburzania wiernych w duchu religijno-patriotycznym” i odwieziony do Siedlec. Księdza Brzóskę postawiono przed polowym sądem wojennym. 10 grudnia został skazany na 2 lata więzienia, później jednak karę skrócono do roku i osadzono go w Twierdzy Zamość. Ostatecznie wypuszczono go z więzienia po 3 mies. To wtedy ks. Brzóska przystał do konspiratorów szykujących powstanie… Jesienią 1862 r. został mianowany konspiracyjnym naczelnikiem Łukowa.

 

Partyzant w sutannie

W listopadzie 1862 r. grupa ks. Brzóski rozpoczęła zbieranie broni. Jego oddział zdobył 200 dubeltówek, 2 pistolety, kilka sztuk pałaszy i szabel oraz znaczny zapas prochu. Już w nocy 23 stycznia 1863 roku, wraz z czterdziestoma sprzysiężonymi uderzył na 6. i 8. kompanię 2. batalionu kostromskiego pułku piechoty w Łukowie. Był to chrzest bojowy młodego duchownego o dowódcy. W koszarach znajdowało się około 400 żołnierzy dowodzonych przez podpułkownika Pietrisowa. Wkrótce do Brzóski dołączył z powstańczym wojskiem Gustaw Zakrzewski, który przejął dowodzenie nad akcją. Koszar nie udało się zdobyć. Straty Rosjan wynosiły 4 zabitych i 20 rannych. Po stronie polskiej zginęło 3 powstańców, a 3 zostało rannych.

Po bitwie w Łukowie ks. Brzóska, jako zdekonspirowany powstaniec, musiał opuścić miasto. Przyłączył się do oddziału pułkownika Walentego Lewandowskiego, wojskowego naczelnika województwa. 7 lutego 1863 roku uczestniczył w przegranej bitwie pod Siemiatyczami – największej bitwie powstania styczniowego. W walce pod Sosnowicą 4 marca 1863 r. ks. Brzóska został postrzelony w nogę i przed dwa miesiące musiał kurować się w ukryciu.

Jego postawa została dostrzeżona przez władze narodowe. 22 lipca 1863 roku Wydział Wojny Rządu Narodowego mianował ks. Brzóskę naczelnym kapelanem wojsk powstańczych województwa podlaskiego w randze generała. Od tej pory ksiądz zaczął on używać pseudonimu „generał Brzeziński”. Po bitwie pod Fajsławicami, która rozegrała się 24 sierpnia, zachorował na tyfus. Leczył się najpierw w Różance nad Bugiem, a potem w Łukowie, jednak w ciągłej obawie przed denuncjacją przewieziono go do dworu dziedzica Levittoux w Kępkach, gdzie ukrywał się aż do pierwszego śniegu.

 

Ułani „Brzezińskiego”

W styczniu 1864 roku ks. Brzóska zorganizował kilkudziesięcioosobowy oddział konny, który Rosjanie szybko rozbili. Warunki dla walczących powstańców były bardzo trudne. Zewsząd otaczały ich zorganizowane wojska carskie. Działania wojenne ograniczały się właściwie do obrony przed ciągle nacierającym wrogiem i do nieustannych ucieczek. Sytuacja oddziału ks. Brzóski uległa jeszcze większemu pogorszeniu po 2 marca 1864 roku, kiedy car ogłosił reformę uwłaszczeniową chłopów. Oddział kapelana zaczął topnieć w oczach. We wrześniu 1864 r. „ostatni powstaniec”, uchodzący już za postać legendarną, miał pod swym dowództwem oddział liczący około 40 ludzi. Rosjanie nie szczędzili sił ani środków, wciąż jednak nie mogli go schwytać.

Na początku 1865 roku ks. Brzóska i Wilczyński przedostali się na teren pierwszej parafii kapelana. We wsi Krasnodęby-Sypytki ukryli się u sołtysa Bielińskiego, w specjalnym pomieszczeniu  pomiędzy dwiema ścianami budynku jego domu.

 

„Ginę za naszą ukochaną Polskę”

Miejsce ukrywania się księdza-powstańca wydała władzom carskim Antonina Konarzewska, młoda kurierka ujęta przez kozaków w kwietniu 1865 r. Dziewczynę długo torturowano, zanim wyjawiła miejsce kryjówki ks. Brzóski. 19 kwietnia aresztowano kapłana i w kajdanach odstawiono do Sokołowa. Mieszkańcy miasta rychło urządzili pod więzieniem patriotyczną manifestację, za którą na miasto nałożono ogromną kontrybucję. W miesiąc od aresztowania księdza skazano na śmierć przez powieszenie. Naciskano też na biskupa Beniamina Szymańskiego, aby rozpoczął proces kanoniczny o depozycji, czyli pozbawieniu ks. Brzóski kapłaństwa. Władze carskie obawiały się bowiem reakcji społecznych po egzekucji osoby duchownej. Kościół się jednak nie ugiął i  Stanisław Brzóska zginął jako ksiądz 23 maja 1865 r. na oczach 10-tysięcznego tłumu. Przed śmiercią wyspowiadał się przed proboszczem parafii Czerwonka Stanisławem Nasiłowskim. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Żegnajcie bracia i siostry i wy małe dziatki. Ginę za naszą ukochaną Polskę, która przez naszą krew i śmierć”.

23 maja 2008 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej prof. Lech Aleksander Kaczyński odznaczył pośmiertnie „ostatniego walczącego powstańca“ Orderem Orła Białego. Cześć Jego pamięci.

 

Robert Szydlik

Cieni królewskich towarzysz wiecznego snu

Cieni królewskich towarzysz wiecznego snu

 

„Cieniom królewskim przybył towarzysz wiecznego snu. Skroń jego nie okala korona, a dłoń nie dzierży berła. A królem był serc i władcą doli naszej” - tymi słowami żegnał na Wawelu Marszałka Józefa Piłsudskiego ówczesny Prezydent RP Ignacy Mościcki. 12 maja 2015 r. mija 80. rocznica śmierci Naczelnika Państwa i jednego z ojców polskiej Niepodległości w 1918 r.

 

Józef Piłsudski zmarł 12 maja 1935 r. o godz. 20.00 w warszawskim Belwederze. Śmierć marszałka była dla Polaków szokiem. Część osób, lepiej poinformowanych, wiedziała, że był on chory, jednak nikt nie zdawał sobie sprawy, że jest to choroba śmiertelna. Naczelnik państwa chorował już od roku. Gorączkował, źle sypiał, miał kłopoty żołądkowe.

„Później zaczęły zjawiać się wymioty. Wszystkie te objawy Marszałek przypisywał niedyspozycjom przewodu pokarmowego i począł stosować dietę. A więc najpierw zrezygnował z potraw ciężkostrawnych, potem zaczął ograniczać porcje, aż wreszcie rozpoczął głodówkę leczniczą" – pisał później adiutant marszałka Mieczysław Lepecki w swoim „Pamiętniku...”.

Jak się wydaje, "kuracja głodowa, którą zaaplikował sobie Piłsudski, mogła być symptomem kolejnego stadium choroby. Po prostu utraty apetytu w rezultacie odrzucania przez organizm pokarmów. (…) Gwałtowna utrata wagi (…) była zapewne rezultatem nie owej głodówki, a rozwijającej się już szybko choroby nowotworowej” - pisał biograf Piłsudskiego prof. Andrzej Garlicki. Dopiero 21 kwietnia 1935, gdy stan zdrowia Marszałka poważnie się pogorszył, zgodzi się on na wizytę u specjalisty chorób nowotworowych Karla Wenckebacha w Wiedniu. Niestety, diagnoza nie dawała już żadnych nadziei: zaawansowany nowotwór złośliwy wątroby...

 

Testament

W następnych dniach marszałek Piłsudski spisał swoją ostatnią wolę: "Nie wiem czy nie zechcą mnie pochować na Wawelu. Niech! Niech tylko moje serce wtedy zamknięte schowają w Wilnie gdzie leżą moi żołnierze co w kwietniu 1919 roku mnie jako wodzowi Wilno jako prezent pod nogi rzucili. Na kamieniu czy nagrobku wyryć motto wybrane przeze mnie dla życia >>Gdy mogąc wybrać, wybrał zamiast domu/ Gniazdo na skałach orła, niech umie/ Spać, gdy źrenice czerwone od gromu/ I słychać jęk szatanów w sosen zadumie/ Tak żyłem << A zaklinam wszystkich co mnie kochali sprowadzić zwłoki mojej matki z Sugint Wiłkomirskiego powiatu do Wilna i pochować matkę największego rycerza Polski nade mną. Niech dumne serce u stóp dumnej matki spoczywa. Matkę pochować z wojskowymi honorami ciało na lawecie i niech wszystkie armaty zagrzmią salwą pożegnalną i powitalną tak by szyby w Wilnie się trzęsły Matka mnie do tej roli jaka mnie wypadła chowała. Na kamieniu czy nagrobku Mamy wyryć wiersz z >>Wacława<< Słowackiego zaczynający się od słów >>Dumni nieszczęściem nie mogą<<. Przed śmiercią Mama mi kazała to po kilka razy dla niej czytać".

 

 

W srebrnej spoczął trumnie

"Ksiądz zaczyna modlitwy, podają oleje święte, którymi namaszczono rytuałem przewidziane miejsca, na głowie Komendanta. Otoczenie klęczy i modli się. Rodzina wpatrzona w oblicze Komendanta z niemym bólem, niezupełnie jeszcze świadoma tragedii nadchodzącej chwili. Zbliża się kres życia Komendanta, to widzi się i czuje bez słów i wyjaśnień. Komendant szklistym i nieruchomym wzrokiem patrzy w przestrzeń jakby czynił przegląd obrazu swego bohaterskiego i tragicznego życia. (...) Odwracam głowę, na tarczy zegara 8.45, koniec epoki związanej z życiem Wielkiego Człowieka" – tak w swoim diariuszu ostatnie chwile Piłsudskiego opisał 12 maja adiutant rotmistrz Aleksander Hrynkiewicz.

Tuż po śmierci marszałka, salon Pałacu Belwederskiego, w którym nastąpił zgon, zamieniono na kaplicę żałobną, gdzie na katafalku spoczywało jego ciało. Przy zmarłym zaciągnięto wartę honorową, którą pełnili czterej oficerowie, dwóch podoficerów i dwóch szeregowych. Wykonana ze srebra trumna z ciałem Piłsudskiego wystawiona była w Belwederze 13 i 14 maja. Katafalk przybrany był w purpurowe sukno z godłem Rzeczypospolitej na przedzie.

 

101 strzałów armatnich

Ciało marszałka ubrano w mundur, przepasany wielką wstęgą orderu Virtuti Militari i z bojowymi orderami na piersiach. W rękach Piłsudski trzymał obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Nad głową zmarłego umieszczono przybrane kirem sztandary wojska polskiego z 1831 i 1863 r. oraz sztandary legionowe. Obok stała kryształowa urna z sercem marszałka, przy niej położono czapkę maciejówkę, buławę marszałkowską oraz szablę.

15 maja trumnę z ciałem Piłsudskiego przewieziono na lawecie zaprzężonej w sześć koni do katedry św. Jana, gdzie marszałka żegnały tłumy.

17 maja wieczorem pociąg wiozący ciało Piłsudskiego ruszył do Krakowa, na jego trasie zgromadziły się tysiące ludzi aby oddać zmarłemu hołd. 18 maja rano na dworcu trumnę powitali prezydent RP, rząd, generalicja, korpus dyplomatyczny oraz różnego rodzaju delegacje. Ośmiu generałów, z Juliuszem Rómmlem na czele, przeniosło ją z platformy na lawetę armatnią. Po odprawieniu modłów przez metropolitę krakowskiego arcybiskupa Adama Sapiehę, kondukt ruszył na Wawel. Tam przemówienie wygłosił prezydent Ignacy Mościcki. Następnie generałowie, przy dźwiękach dzwonu Zygmunta, wnieśli trumnę do katedry. Po mszy pontyfikalnej, ciało Marszałka złożono do krypty św. Leonarda. Na zakończenie uroczystości ustawione na wawelskim wzgórzu działa oddały 101 strzałów armatnich. W całym kraju zapanowała trzyminutowa cisza.

 

 

Polacy pogodzeni przez śmierć

Dziś postać Józefa Piłsudskiego nie wywołuje gwałtownych sporów i większość Polaków niezależnie od wyznawanych poglądów politycznych zgodnie widzi w Marszałku jednego z ojców polskiej niepodległości obok Romana Dmowskiego (i wcale nie w opozycji). Oczywiście w XX-leciu międzywojennym oceny jego działalności były bardziej zróżnicowane, a cieniem kładł się na tych ocenach zarówno zamach majowy (też 12 maja) z 1926 r., czy więzienie przeciwników politycznych. Wspominając atmosferę panującą po śmierci marszałka Cat-Mackiewicz już na obczyźnie pisał: „Piłsudski miał fanatycznych wielbicieli, którzy go kochali więcej niż własnych rodziców, niż własne dzieci, ale było wielu ludzi, którzy go nienawidzili, miał całe warstwy ludności, całe dzielnice Polski przeciwko sobie, potężną nieufność do siebie. I oto nie znać było tego w dniu pogrzebu. Przeciwnie, można stwierdzić jako fakt i prawdę, że w dniach jego pogrzebu, że na wieść o jego śmierci, strach i zalęknienie, co stanie się teraz z polską, kiedy Jego zabrakło, przeleciał od Bałtyku poprzez Poznańskie i Śląsk i od Karpat do Dźwiny. Po całej wielkiej ojczyźnie, którąśmy cztery lata po jego śmierci stracili”.

 

Robert Szydlik